Wy¶lij wiadomo¶ć do Jadwigi Solińskiej
Strona główna
Zapraszam na blog
Aktualno¶ci
Antologia
Wycinanki
Panny i anioły
Być matk±
Sybiraczka
Szczę¶cie
Złoty dom
Krzak burzanu
Błękitne piekiełko
Teofila i motyl
Pypcio i pchełki
Krasnoludek i myszka
Cygan i pimpusia
Felu¶, Zenu¶ i Salusia
Skarb
Graj Ewo
Krakowski lajkonik




Zobacz inne wycinanki



Zobacz inne wycinanki



Zobacz anioły



Zobacz inne wycinanki



Zobacz inne wycinanki



Zobacz inne wycinanki



Zobacz inne wycinanki



Zobacz inne wycinanki
Opracowanie i nota biograficzna: Donat Niewiadomski
Projekt okładki: Władysław Pietruk
Projekt zaku graficznego serii: Sebastian Smit
Fotografia Autorki: Jan Nie¶cierowicz
Skład, druk, oprawa: Wydawnictwo POLIHYMNIA Sp. z o.o. Al. Róż 17, Lublin 2000
English version English version English version English version English version English version English version English version English version English version


LIST PROFESORA WIESŁAWA THEISSA

Wielce Szanowna Pani!

     Bardzo dziękuję za nadesłane publikacje Pani autorstwa: Sybiraczka oraz Krzak burzanu. To doprawdy cenne pozycje. Odsłaniaj± gorzk± prawdę o ludzkich losach na syberyjskim zesłaniu...

» więcej »


Fragmenty



Jak wiatr gdy wymknie się z więzów Eola
Z rado¶ci nuci beztrosk± piosenkę
Kołysze ni± lasy, ogrody i pola
I nagle ¶miej±c się budzi tę polsk± wiosenkę

Tak nasze serca nadziej± żywione
Sze¶ć lat łakn±ce ojczystego chleba
S± już naprawdę tak uszczę¶liwione
Że niczego im więcej teraz nie potrzeba

Pozostawiaj± życie okrutne i złe
I prędkimi my¶lami pędz± do kraju
Nie mog±, nie mog± nacieszyć się
Jak kwiaty słońcem w maju

Szybko, wci±ż szybciej poci±g mknie
Przez kazachstańskie puste pola
Po prostu nie chce wierzyć się
Że się odmienia straszna dola

    Jest 19 luty 1946 rok. O zmroku z Pawłodaru wyrusza, jak klucz powracaj±cych ptaków, długim szeregiem towarowych wagonów poci±g. Poci±g jedzie na wschód, do Omska, gdyż w Pawłodarze na Irtyszu nie ma mostu. Tam zawróci i pojedzie prosto na zachód - do Polski. Miałam wtedy siedemna¶cie lat.
    Gdy poci±g ruszył, jakie¶ dziwne uczucie szczę¶cia przenika wszystkich. W naszym wagonie mie¶ciło się dziesięć rodzin.
    Najpierw słychać gło¶ny płacz - to łzy rado¶ci, nie tylko, bo nie wszystkim dane było powrócić do ojczystych stron. Prawie każda rodzina zostawiła najbliższych, spoczywaj±cych snem wiecznym w sybirskiej ziemi. PóĽniej rozlega się pie¶ń: Kto się w opiekę podda Panu swemu, a całym sercem szczerze ufa jemu... Ze szczególnym naciskiem, ¶piewane s± dalsze słowa pie¶ni: Ciebie On z obcych obieży wyzuje i w zaraĽliwym powietrzu ratuje...

    Kiedy minęły chwile wzruszeń, wszyscy pokładli się na pryczach i zaczęli wspominać długie, ciężkie lata spędzone na obczyĽnie. Lata zmagania się z okrucieństwami głodu i chłodu, lata tęsknoty za ojczyzn±, lata walki o przetrwanie i zachowanie polsko¶ci.

(...)

    Weselni go¶cie siedzieli na podłodze. W rogu mieszkania w od¶więtnych strojach, obszytych monetami, królowali państwo młodzi. Stoły na króciutkich nogach zastawione były jadłem i napojem. Był kurt, jeremszyk oraz bursaki. Bursaki to małe p±czki smażone na ma¶le. Napoje to herbata z samowarów, kumys (szampan z kobylego mleka, tak przyrz±dzony, że posiadał pewien procent alkoholu). Z boku też na podłodze siedzieli muzykanci. Byli to starsi mężczyĽni, grali na bałałajkach własnego wyrobu i ¶piewali przeci±głym głosem weselne piosenki. Piosenki były ¶piewane w kazachskim języku. Były żartobliwe, bo wszyscy go¶cie ł±cznie z młoda par±, słuchaj±c gło¶no się ¶mieli. Jeden z muzykantów zacz±ł ¶piewać po rosyjsku, aby ubawić go¶ci polskiego pochodzenia, wtedy można było zrozumieć każde słowo.
    A ¶piewał tak:

Kagda ja był Kazach
Jeł ja miaso, kurył tabak.
Kagda ja stał Sowiet,
Ni czorta, u mienia niet.
Kagda ja był Kirgiz
Jeł bursaki, pił kumys.
Kagda ja stał Kazach,
Takda propał moj kursak. (kursak - żoł±dek)

Drugi muzykant tak za¶piewał:

Pij, wada, kuszaj, wada,
Srać nie budziesz nikogda.

    ¦miechu było co niemiara. Trzeci muzykant wstał, podchodził do każdego z go¶ci i nakazywał żeby ¶piewali. Je¶li kto¶ go nie słuchał bił go żartobliwie pasem i pluł przez zęby strzykaj±c rzadk± ¶lin±. Stałam w drzwiach z innymi dziećmi i obserwowałam dziwne widowisko. Poczęstowano mnie bursakiem.

(...)

    Znowu zbliżały się ¶więta Bożego Narodzenia, już trzecie na obczyĽnie. W sieni, na ¶cianie wisiał duży krzak burzanu, przeznaczony na choinkę. Robiłam zabawki, a dzieci pani Tecław przygl±dały się. Ponadto uczyłam się piosenki, bo w czasie ¶wi±t miało odbyć się przedstawienie i to w naszym domu. To panie z polskiego komitetu razem z moj± siostr± Zosi± przygotowywały to przedstawienie pod tytułem "Sen". Ja miałam być owym snem.

    Ludzi było pełne mieszkanie. U sufitu wisiała choinka. Na glinianej podłodze, czyli estradzie było posłanie z siana. Na posłaniu leżało kilkoro dzieci, między innymi Zosia, Rysio, Jerzyk. Dzieci mówiły: Ľle nam tu w obcym kraju. My chcemy do domu, do Polski. W Polsce chcemy spędzać ¶więta Bożego Narodzenia. Chcemy i¶ć do ko¶cioła na pasterkę. Potem mocno zasnęły. A oto zjawia się sen, to byłam ja, ubrana w dług± biał± sukienkę z rozpuszczonymi włosami i tak za¶piewałam:

¦pijcie cicho polskie dzieci,
Bóg uchowa was
Do ojczyzny powrócicie,
Gdy nastanie czas.

Czeka na was bór zielony,
Czeka jasny zdrój,
Krzyż przy drodze pochylony
I ten domek swój.

U wrót czeka Burek chudy
Czas mu smutno leci.
Czeka zimę, czeka lato
Kiedy wróc± dzieci?

A w ko¶ciółku dzwony bij±,
Na Zdrowa¶ Maryjo
Nad t± smutn± polsk± ziemi±
Cicho dzwony bij±.


    PóĽniej ¶piewano kolędy i wspominano swoich najbliższych, mężów i ojców. Czy jeszcze żyj±?

    Nadszedł rok 1943. Wojna trwała, mróz i głód dokuczał. Nieco się poprawiło, bo Zosię znowu przyjęto do lazaretu. A gdy zdechł cielak dzieliło się z innymi i jadło. Tylko kota trzeba było przepędzać z domu, bo dobierał się do mięsa.

    Mama odchowywała duże cielęta. Babcia chorowała. Ja gospodarzyłam w domu i pomagałam mamie w cielętniku. Babcia znowu zaczęła mówić o ¶mierci. Tak bardzo chciałaby być pochowana w Polsce, w po¶więconej ziemi. Prosiła pani± Tecław o wróżbę z kart. Pani Tecław babcię pocieszyła. Nam po cichu powiedziała, że babcia tu umrze, bo karty Ľle wypadły.

    Przeżyły¶my już Wielkanoc i jak co roku wybierano się na wypasy. Już tylko tydzień dzielił nas od koczowania. Rano piętnastego maja, wyznaczony był wyjazd na wypasy, a tu babcia umiera. Przez cał± noc nie zmrużyłam oka. Pod oknem przeraĽliwie wył pies. Bardzo bałam się ¶mierci, wyobrażałam j± jako biał± postać z trupi± twarz± i kos± w ręku. A nuż się pomyli i mnie skosi. Gdy słońce zajrzało przez okno, babcia już nie żyła. Zmarła 15 maja 1943 r. Trzeba wyruszać w drogę, a tu pogrzeb. Co robić? Wyjazdu nikt nie odłoży. Mama zdecydowała w porozumieniu z władzami, że ja i Zosia pogonimy cielęta, a mama zostanie i pochowa babcię. Pożegnawszy babcię wyruszyły¶my w drogę.

    Mama miała bardzo dużo kłopotu. Chciała babcię pochować po ludzku, w trumnie. Ale nie było desek. Szukała w cielętnikach i znalazła dwie duże deski. Zaniosła je do stolarza, był nim starszy Rosjanin. Stolarz zrobił trumnę w rodzaju skrzyni, tylko zabrakło desek na wieko. Ale jak pochować ciało na cmentarzu? Cmentarz oddalony jest od fermy sze¶ć km. A tu nie ma żadnego wozu. Zebrało się na pogrzebie kilka kobiet Polek i zaczęto radzić. Nie¶ć trumnę sze¶ć km nie podejm± się, bo nie dadz± rady. Jest miejsce blisko fermy jakie¶ dwie¶cie metrów na ł±ce, gdzie znajduje się pięć dawnych mogił. Mama wzięła łopatę i poszła kopać dół, płacz±c i wspominaj±c życie swojej te¶ciowej. Kobiety Polki według zwyczaju odmówiły różaniec, od¶piewały kilka pogrzebowych pie¶ni, zakryły trumnę zielon± traw± i przywi±zawszy w kilku miejscach sznurkami, niosły zwłoki Pauliny na wieczny odpoczynek. Gdy już postawiono trumnę nad otwartym dołem, ukazała się na niebie mała chmurka, z której spadły na trumnę krople deszczu. To Bóg z nieba po¶więcił zwłoki. Ciało Pauliny Orłowskiej, która przeżyła osiemdziesi±t trzy lata spoczęło w grobie. Następnego dnia mama przybyła na wypasy. Było nam bardzo smutno bez babci

    Tego lata bardzo krótko były¶my na wypasach, zaledwie kilka tygodni, bo niezmierny upał i susza sprawiły, że zapanował głód. Krowy chudły i dawały tylko po szklance mleka, cielęta też były ledwie żywe. Wysłano więc nas z powrotem. Zosię do sianokosów. Mnie z mam± przydzielono sze¶ćdziesi±t czteromiesięcznych ciel±t, aby je pa¶ć na ł±kach, gdzie po skoszeniu odrosła niezła trawa. Pasłam je z Marysi± Truszkowsk±, a mama noc± pilnowała. Utrapieniem były komary, tak dokuczały, że trudno było wytrzymać, gryzły nawet przez ubranie. Cielęta nocowały pod gołym niebem, gdyż w cielętnikach trwał remont.

    Straszne to było lato. Mama nocuj±c z cielętami, siedziała pod grubym płotem z obornika, żeby było lżej, bo mogła się oprzeć. Jakie¶ robactwo łaziło po całym ciele i gryzło. Nie można było ani tego zobaczyć, bo było ciemno, ani namacać, ani się od tego opędzić. Tylko skóra swędziała nie do wytrzymania. Mama mówiła, że to mole. Nocowałam w domu sama, bo mieszkały¶my tylko z mam±. Bardzo, bardzo bałam się babci. W ogóle nie mogłam spać. Zdawało mi się, że babcia leży za piecem chora i zaraz będzie umierać.

    Miałam czterna¶cie lat. Często odwiedzałam grób babci, zanosz±c jej kolorowe kwiaty, przeważnie fioletowe zatrwiany

    Nie było co je¶ć. Jedynie na sianokosy dostarczano od czasu do czasu chleb. Kilka km za ferm± rosło proso, które samo się zasiało. Mama mnie zastępowała w pasieniu, a ja chodziłam je zrywać.

    Chyba już byłam dorosł±, bo nie tylko pracowałam przy cielętach, ale jeszcze starałam się o pożywienie dla rodziny i opał. Zosia prawie codziennie przychodziła z sianokosów, aby zje¶ć nieco prosianej kaszy. Pewnego dnia pasłam sama cielęta, bo Marysia chorowała, miała atak malarii. Byłam taka głodna, miałam jedynie butelkę z wod±. Patrzę, a tu pas± się trzy krowy. Nie namy¶laj±c się długo, wylałam z butelki wodę i poszłam w ni± doić krowę. Doję, już mam pół butelki. Nagle słyszę ryk ciel±t, obejrzałam się, a tu cztery wilki kr±ż± wokoło nich. Cielęta stłoczyły się w gromadę i gło¶no rycz±. Jeszcze chwila i już by wilki rozpoczęły krwaw± rozprawę. W porę dobiegłam i odpędziłam wilki gło¶nym krzykiem. Wieczny strach przed s±dem i więzieniem, przed głodem i chłodem, pozostawił ¶lad w mojej psychice.

(...)

Cały tekst "Sybiraczki" w odcinkach.

powrót do pocz±tku strony


Wybór i przygotowanie strony Stefan Soliński, oprawa graficzna Magdalena Cyrczak

Księga go¶ci