Fragmenty
Jak wiatr gdy wymknie się z więzów Eola
Z rado¶ci nuci beztrosk± piosenkę
Kołysze ni± lasy, ogrody i pola
I nagle ¶miej±c się budzi tę polsk± wiosenkę
Tak nasze serca nadziej± żywione
Sze¶ć lat łakn±ce ojczystego chleba
S± już naprawdę tak uszczę¶liwione
Że niczego im więcej teraz nie potrzeba
Pozostawiaj± życie okrutne i złe
I prędkimi my¶lami pędz± do kraju
Nie mog±, nie mog± nacieszyć się
Jak kwiaty słońcem w maju
Szybko, wci±ż szybciej poci±g mknie
Przez kazachstańskie puste pola
Po prostu nie chce wierzyć się
Że się odmienia straszna dola
Jest 19 luty 1946 rok. O zmroku z Pawłodaru wyrusza, jak klucz powracaj±cych ptaków, długim szeregiem towarowych wagonów poci±g. Poci±g jedzie na wschód, do Omska, gdyż w Pawłodarze na Irtyszu nie ma mostu. Tam zawróci i pojedzie prosto na zachód - do Polski. Miałam wtedy siedemna¶cie lat.
Gdy poci±g ruszył, jakie¶ dziwne uczucie szczę¶cia przenika wszystkich. W naszym wagonie mie¶ciło się dziesięć rodzin.
Najpierw słychać gło¶ny płacz - to łzy rado¶ci, nie tylko, bo nie wszystkim dane było powrócić do ojczystych stron. Prawie każda rodzina zostawiła najbliższych, spoczywaj±cych snem wiecznym w sybirskiej ziemi. PóĽniej rozlega się pie¶ń: Kto się w opiekę podda Panu swemu, a całym sercem szczerze ufa jemu... Ze szczególnym naciskiem, ¶piewane s± dalsze słowa pie¶ni: Ciebie On z obcych obieży wyzuje i w zaraĽliwym powietrzu ratuje...
Kiedy minęły chwile wzruszeń, wszyscy pokładli się na pryczach i zaczęli wspominać długie, ciężkie lata spędzone na obczyĽnie. Lata zmagania się z okrucieństwami głodu i chłodu, lata tęsknoty za ojczyzn±, lata walki o przetrwanie i zachowanie polsko¶ci.
(...)
Weselni go¶cie siedzieli na podłodze. W rogu mieszkania w od¶więtnych strojach, obszytych monetami, królowali państwo młodzi. Stoły na króciutkich nogach zastawione były jadłem i napojem. Był kurt, jeremszyk oraz bursaki. Bursaki to małe p±czki smażone na ma¶le. Napoje to herbata z samowarów, kumys (szampan z kobylego mleka, tak przyrz±dzony, że posiadał pewien procent alkoholu). Z boku też na podłodze siedzieli muzykanci. Byli to starsi mężczyĽni, grali na bałałajkach własnego wyrobu i ¶piewali przeci±głym głosem weselne piosenki. Piosenki były ¶piewane w kazachskim języku. Były żartobliwe, bo wszyscy go¶cie ł±cznie z młoda par±, słuchaj±c gło¶no się ¶mieli. Jeden z muzykantów zacz±ł ¶piewać po rosyjsku, aby ubawić go¶ci polskiego pochodzenia, wtedy można było zrozumieć każde słowo.
A ¶piewał tak:
Kagda ja był Kazach
Jeł ja miaso, kurył tabak.
Kagda ja stał Sowiet,
Ni czorta, u mienia niet.
Kagda ja był Kirgiz
Jeł bursaki, pił kumys.
Kagda ja stał Kazach,
Takda propał moj kursak. (kursak - żoł±dek)
Drugi muzykant tak za¶piewał:
Pij, wada, kuszaj, wada,
Srać nie budziesz nikogda.
¦miechu było co niemiara. Trzeci muzykant wstał, podchodził do każdego z go¶ci i nakazywał żeby ¶piewali. Je¶li kto¶ go nie słuchał bił go żartobliwie pasem i pluł przez zęby strzykaj±c rzadk± ¶lin±. Stałam w drzwiach z innymi dziećmi i obserwowałam dziwne widowisko. Poczęstowano mnie bursakiem.
(...)
Znowu zbliżały się ¶więta Bożego Narodzenia, już trzecie na obczyĽnie. W sieni, na ¶cianie wisiał duży krzak burzanu, przeznaczony na choinkę. Robiłam zabawki, a dzieci pani Tecław przygl±dały się. Ponadto uczyłam się piosenki, bo w czasie ¶wi±t miało odbyć się przedstawienie i to w naszym domu. To panie z polskiego komitetu razem z moj± siostr± Zosi± przygotowywały to przedstawienie pod tytułem "Sen". Ja miałam być owym snem.
Ludzi było pełne mieszkanie. U sufitu wisiała choinka. Na glinianej podłodze, czyli estradzie było posłanie z siana. Na posłaniu leżało kilkoro dzieci, między innymi Zosia, Rysio, Jerzyk. Dzieci mówiły: Ľle nam tu w obcym kraju. My chcemy do domu, do Polski. W Polsce chcemy spędzać ¶więta Bożego Narodzenia. Chcemy i¶ć do ko¶cioła na pasterkę. Potem mocno zasnęły. A oto zjawia się sen, to byłam ja, ubrana w dług± biał± sukienkę z rozpuszczonymi włosami i tak za¶piewałam:
¦pijcie cicho polskie dzieci,
Bóg uchowa was
Do ojczyzny powrócicie,
Gdy nastanie czas.
Czeka na was bór zielony,
Czeka jasny zdrój,
Krzyż przy
drodze pochylony
I ten domek swój.
U wrót czeka Burek chudy
Czas mu smutno leci.
Czeka zimę, czeka lato Kiedy wróc± dzieci?
A w ko¶ciółku dzwony bij±,
Na Zdrowa¶ Maryjo
Nad t± smutn± polsk± ziemi±
Cicho dzwony bij±.
PóĽniej ¶piewano kolędy i wspominano
swoich najbliższych, mężów i ojców. Czy jeszcze żyj±?
Nadszedł rok 1943. Wojna trwała, mróz i głód
dokuczał. Nieco się poprawiło, bo Zosię znowu przyjęto do lazaretu.
A gdy zdechł cielak dzieliło się z innymi i jadło. Tylko kota trzeba
było przepędzać z domu, bo dobierał się do mięsa.
Mama odchowywała duże cielęta. Babcia
chorowała. Ja gospodarzyłam w domu i pomagałam mamie w cielętniku.
Babcia znowu zaczęła mówić o ¶mierci. Tak bardzo chciałaby być
pochowana w Polsce, w po¶więconej ziemi. Prosiła pani± Tecław o
wróżbę z kart. Pani Tecław babcię pocieszyła. Nam po cichu
powiedziała, że babcia tu umrze, bo karty Ľle wypadły.
Przeżyły¶my już Wielkanoc i jak co roku
wybierano się na wypasy. Już tylko tydzień dzielił nas od
koczowania. Rano piętnastego maja, wyznaczony był wyjazd na wypasy,
a tu babcia umiera. Przez cał± noc nie zmrużyłam oka. Pod oknem
przeraĽliwie wył pies. Bardzo bałam się ¶mierci, wyobrażałam j± jako
biał± postać z trupi± twarz± i kos± w ręku. A nuż się pomyli i mnie
skosi. Gdy słońce zajrzało przez okno, babcia już nie żyła. Zmarła
15 maja 1943 r. Trzeba wyruszać w drogę, a tu pogrzeb. Co robić?
Wyjazdu nikt nie odłoży. Mama zdecydowała w porozumieniu z władzami,
że ja i Zosia pogonimy cielęta, a mama zostanie i pochowa babcię.
Pożegnawszy babcię wyruszyły¶my w drogę.
Mama miała bardzo dużo kłopotu. Chciała babcię
pochować po ludzku, w trumnie. Ale nie było desek. Szukała w
cielętnikach i znalazła dwie duże deski. Zaniosła je do stolarza,
był nim starszy Rosjanin. Stolarz zrobił trumnę w rodzaju skrzyni,
tylko zabrakło desek na wieko. Ale jak pochować ciało na cmentarzu?
Cmentarz oddalony jest od fermy sze¶ć km. A tu nie ma żadnego wozu.
Zebrało się na pogrzebie kilka kobiet Polek i zaczęto radzić. Nie¶ć
trumnę sze¶ć km nie podejm± się, bo nie dadz± rady. Jest miejsce
blisko fermy jakie¶ dwie¶cie metrów na ł±ce, gdzie znajduje się pięć
dawnych mogił. Mama wzięła łopatę i poszła kopać dół, płacz±c i
wspominaj±c życie swojej te¶ciowej. Kobiety Polki według zwyczaju
odmówiły różaniec, od¶piewały kilka pogrzebowych pie¶ni, zakryły
trumnę zielon± traw± i przywi±zawszy w kilku miejscach sznurkami,
niosły zwłoki Pauliny na wieczny odpoczynek. Gdy już postawiono
trumnę nad otwartym dołem, ukazała się na niebie mała chmurka, z
której spadły na trumnę krople deszczu. To Bóg z nieba po¶więcił
zwłoki. Ciało Pauliny Orłowskiej, która przeżyła osiemdziesi±t trzy
lata spoczęło w grobie. Następnego dnia mama przybyła na wypasy.
Było nam bardzo smutno bez babci
Tego lata bardzo krótko były¶my na wypasach,
zaledwie kilka tygodni, bo niezmierny upał i susza sprawiły, że
zapanował głód. Krowy chudły i dawały tylko po szklance mleka,
cielęta też były ledwie żywe. Wysłano więc nas z powrotem. Zosię do
sianokosów. Mnie z mam± przydzielono sze¶ćdziesi±t
czteromiesięcznych ciel±t, aby je pa¶ć na ł±kach, gdzie po skoszeniu
odrosła niezła trawa. Pasłam je z Marysi± Truszkowsk±, a mama noc±
pilnowała. Utrapieniem były komary, tak dokuczały, że trudno było
wytrzymać, gryzły nawet przez ubranie. Cielęta nocowały pod gołym
niebem, gdyż w cielętnikach trwał remont.
Straszne to było lato. Mama nocuj±c z
cielętami, siedziała pod grubym płotem z obornika, żeby było lżej,
bo mogła się oprzeć. Jakie¶ robactwo łaziło po całym ciele i gryzło.
Nie można było ani tego zobaczyć, bo było ciemno, ani namacać, ani
się od tego opędzić. Tylko skóra swędziała nie do wytrzymania. Mama
mówiła, że to mole. Nocowałam w domu sama, bo mieszkały¶my tylko z
mam±. Bardzo, bardzo bałam się babci. W ogóle nie mogłam spać.
Zdawało mi się, że babcia leży za piecem chora i zaraz będzie
umierać.
Miałam czterna¶cie lat. Często odwiedzałam
grób babci, zanosz±c jej kolorowe kwiaty, przeważnie fioletowe
zatrwiany
Nie było co je¶ć. Jedynie na sianokosy
dostarczano od czasu do czasu chleb. Kilka km za ferm± rosło proso,
które samo się zasiało. Mama mnie zastępowała w pasieniu, a ja
chodziłam je zrywać.
Chyba już byłam dorosł±, bo nie tylko
pracowałam przy cielętach, ale jeszcze starałam się o pożywienie dla
rodziny i opał. Zosia prawie codziennie przychodziła z sianokosów,
aby zje¶ć nieco prosianej kaszy. Pewnego dnia pasłam sama cielęta,
bo Marysia chorowała, miała atak malarii. Byłam taka głodna, miałam
jedynie butelkę z wod±. Patrzę, a tu pas± się trzy krowy. Nie
namy¶laj±c się długo, wylałam z butelki wodę i poszłam w ni± doić
krowę. Doję, już mam pół butelki. Nagle słyszę ryk ciel±t,
obejrzałam się, a tu cztery wilki kr±ż± wokoło nich. Cielęta
stłoczyły się w gromadę i gło¶no rycz±. Jeszcze chwila i już by
wilki rozpoczęły krwaw± rozprawę. W porę dobiegłam i odpędziłam
wilki gło¶nym krzykiem. Wieczny strach przed s±dem i więzieniem,
przed głodem i chłodem, pozostawił ¶lad w mojej
psychice.
(...)
Cały tekst "Sybiraczki" w odcinkach.
powrót do pocz±tku strony
|