Fragmenty
(...)
    
Było wrze¶niowe popołudnie. Poszłam na cmentarz grzebalny. Udzielił mi się smutny nastrój przemijania. Jesień znowu - jak królowa - rozpoczęła swoje panowanie, stroj±c się w czerwień i złoto. Na cmentarzu nie zauważyłam jednak dużo kolorów natury, zastapił je martwy beton. Cóż? Muszę się z tym pogodzić, wiejski cmentarz upodabnia się do miejskiego. "Przeciw wiatrowi trudno dmuchać".
    
W drodze powrotnej zaszłam na swój ogród, znajduj±cy się bardzo blisko cmentarza, by zabrać deskę, na której latem klękałam podczas pielenia, gdy ziemia była bardzo mokra. Kilka kroków i już jestem na miejscu. Patrzę. a co tu się dzieje? Leży deska, a na desce siedzi czarne koci±tko wielko¶ci Lutki dzieci. Czyżby diablik? Kiedy koci±tko mnie zauważyło, zaczęło gło¶no, przerażaj±co, żało¶nie miauczeć. Dosłownie jakby płakało ludzkie niemowlę. Kocię płakało, bo działa mu się wielka krzywda, zostało wyrzucone, zdane na pastwę losu. Prosiło o ratunek. Kiedy się nad nim pochyliłam, jeszcze gło¶niej zamiauczało prosz±c o pomoc. Wzięłam je, zmie¶ciło się w jednej ręce, wtedy nieco się uspokoiło. Zapytałam ludzi znajduj±cych się na pobliskim podwórzu, czy to ich ten mały czworonóg. Odpowiedzieli, że nie. Nie wypuszczaj±c kociaka z ręki wzięłam deskę do pielenia. Dla niego była to "ostatnia deska ratunku". Drog± szła para zakochanych z psem my¶liwskim. Mimo woli zapytałam ich, co mam zrobić z tym kocim maleństwem. Odparli, żebym schowała pod kurtkę, bo pies może się na nie rzucić.
    
Nie, nie zostawię ciebie tu samego, mały diabliczku, wpuszczę cię na jakie¶ podwórze i jako¶ to będzie. Nie! Nikt ciebie nie zauważy, nie usłyszy twojego płaczu. Najwyżej pies cię porwie. Zaniosę cię do siebie, doł±czę do "błękitnego piekiełka". Może cię nie odrzuc±. Będzie was pięcioro małych. Przy innych i ty się wykarmisz. Gdybym się tob± nie zaopiekowała, noc miałabym bezsenn±, i to niejedn±.
    
Wracałam do domu. Pod pach± niosłam deskę, a w gar¶ci koci±tko wrzeszcz±ce wniebogłosy. Napotkani przechodnie kiwali głowami z podziwem, że takie to malutkie, a takie gło¶ne. Z nieustannie wrzeszcz±cym kociakiem weszłam na podwórze. Bałam się, żeby s±siedzi nie przyszli zobaczyć, co to za stworzenie tak hałasuje. Na szczę¶cie nie przyszli, bo wpatrywali się w ekrany telewizyjne.
    
Już całkowicie pociemniało, li¶cie czarnego bzu dygotały od chłodu. Zapowiadał się przymrozek. Gdzie umieszczę to nieszczęsne, płacz±ce maleństwo. Wymo¶ciłam karton słom±, usadowiłam je w nim, przykryłam derk±, zaniosłam do chlewa. Pożywienia nie chciało nawet tkn±ć. W dodatku wyszło z kartonu. Co mam z tob± pocz±ć, ty płaczku. Chyba odniosę tam, sk±d wzięłam. Nie, nie! Wyobraziłam sobie zaraz, jak ono by cierpiało. Umie¶ciłam je zaraz w kartoniku tak zamkniętym, że z pewno¶ci± z niego nie wyjdzie. Kartonik owinęłam kocem, zostawiaj±c szczelinę na powietrze. Nie kładłam się spać o północy, co pewien czas wychodziłam i nasłuchiwałam, czy już się uspokoiło. Gdzie tam. Ostatkiem sił, ochrypłym już głosem zawodziło.
    
Rano, gdy się obudziłam, od razu pomy¶lałam, czy małe żyje, czy się uspokoiło. Nie słyszałam żadnych odgłosów. Pewnie zdechło. Zajrzałam, żyło. Jak tylko mnie zobaczyło, zaraz w płacz. O jedzeniu nie było mowy, po prostu nie miało o tym pojęcia. Wypu¶ciłam je z kartonu, gdy kocia rodzina rozpoczęła zabawę. Niestety, każde kocię uciekało przed nim. Lutka też, a ono wrzeszczało ochryple i garnęło się do mnie. Przyjechała akurat moja córka Marylka i już w pierwszych słowach spytała, co tu się dzieje. Wytłumaczyłam jej, że mam nowego kociego stwora. Najgorsze przy tym, że nie chce je¶ć. Może będzie jadł płatki owsiane moczone w mleku? Nałożyłam je na talerz, pochyliłam mu pyszczek i przytrzymałam ręk±. Koci±tko zaczęło ssać. Bardzo zdziwiona Marylka powiedziała, że je¶li ono się wychowa, to należy mi się nagroda.
    
Po pewnym czasie Lutka zaczęła karmić swoje dzieci. Przystawiłam znajdę. O dziwo, Lutka nie uciekła, a ono zaczęło ssać. Lutka liczyć nie potrafi, a kolor pasuje. I w ten sposób powiększyło się "błękitne piekiełko". Po kilku dniach nowe kocię nie tylko jadło z talerza, ale dostało jeszcze od Lutki mysz. A jakie stało się sprytne, jak poweselało, zachowywało się jak rodzone, a nie porzucone. Następnego dnia ciotka Ada przyniosła zdobycz i nowe znowu dostało koci smakołyk.
(...)
powrót do pocz±tku strony
|